Milionowa Polonia chicagowska to największe poza krajem skupisko Polaków. Dziś jest ono niezwykle zróżnicowane, bo obok uchodźców powojennych i emigrantów "solidarnościowych" tworzą je także ci, którzy ruszyli za ocean w wolnej Polsce. Zwłaszcza ci ostatni narażeni są na bolesną niekiedy weryfikację wizji o bogactwie Ameryki z rzeczywistością kraju, który stoi dziś na skraju kryzysu gospodarczego.
W tym zmieniającym się krajobrazie Kościół - z polskimi parafiami i duszpasterzami, organizującymi także zajęcia edukacyjne i życie kulturalne - pozostaje dla przybyszów znad Wisły jednym ze stałych elementów. Ale przed polonijnym duszpasterstwem także stoją wyzwania - i te stare, jak choćby to, by parane były przede wszystkim centrami modlitwy, a nie wyłącznie sentymentalnymi "ośrodkami polskości" jak i całkiem nowe, związane z ogólnospołecznym wstrząsem wywołanym nadużyciami seksualnymi w Kościele w USA.
Obrona "Trójcowa"
W Chicago i okolicach jest w tej chwili kilkadziesiąt kościołów, w których sprawowane są Msze głównie po polsku. Kościół w tej metropolii ma się dobrze, choć w tak znanych dotąd enklawach polskości jak Buffalo czy Detroit polskie parafie giną. Wymierają ludzie, budynki przejmują Meksykanie lub inni imigranci. Dwa główne ośrodki duszpasterskie w samym Chicago to parafia przy bazylice św. Jacka, położona w sercu polskiej dzielnicy zwanej popularnie "Jackowo" oraz kościół Świętej Trójcy czyli "Trójcowo". Należy też wspomnieć o parafii św. Konstancji oraz Jezuickim Ośrodku Milenijnym.
Proboszcz "Trójcowa", chrystusowiec ks. Andrzej Maślejak podkreśla, że świątynię uratowała postsolidarnościowa imigracja. W latach 80. do ogromnego kościoła liczącego 1500 miejsc siedzących na niedzielne Msze przychodziło 70 osób, dlatego ówczesny metropolita Chicago, kard. Bernardin podjął decyzję o jego zamknięciu. Polacy zaprotestowali: były apele w mediach i pikiety przed rezydencją kardynała. Wówczas poprosił on chrystusowców, by przejęli opiekę nad kościołem i stworzyli Polską Misję Duszpasterską, dzięki czemu parafia nie byłaby ograniczona do konkretnego terytorium. Idea chwyciła. Kościół zaczął się zapełniać, co niedziela jest tu kilka tysięcy osób, parafia tętni życiem.
"Trójcowo" - jak praktycznie każda parafia polonijna - to centrum duchowe i kulturalne. Obok grup modlitewnych działają tu różne organizacje parafialne, np. Rycerze Miłosierdzia, koła różańcowe i Polska Szkoła Sobotnia, do której co tydzień przychodzi ponad 500 dzieci, by uczyć się języka polskiego. Blisko setka najmłodszych parafian angażuje się w zespół taneczny Lajkonik.
W Chicago, obok kościołów i dużych ośrodków parafialnych wybudowanych przez starą Polonię, są i takie, które powstały staraniem emigracji solidarnościowej. - Kościół w Stanach to także wspaniały dorobek materialny i kulturowy Polonii, wspaniałe świątynie budowane z mozołem przez emigrantów - podkreśla Marek Bober, redaktor naczelny tutejszego "Kuriera codziennego".
Dominicantes? Lepiej niż w Polsce
Zdaniem polonijnych księży na niedzielne Msze przychodzi tu zdecydowanie więcej wiernych niż w kraju. Podczas gdy w Polsce liczbę dominicantes szacuje się przeciętnie na 30-35 proc., to w parafiach chicagowskich ten wskaźnik sięga 80 proc. - Wśród emigrantów są i tacy, którzy z Polski przyjechali jako niewierzący, a wiarę odzyskali tutaj - mówi ks. Maślejak. Przyznaje, że część osób straciła wiarę,. ale w Chicago odczuwa się dobrą atmosferę religijną. - Nasze kościoły nie są puste. Polonia popiera patriotyzm, a on wyraża się w łączności pomiędzy tym, co patriotyczne, a religijne.
Proboszcz parafii św. Jacka, zmartwychwstaniec ks. Michał Osuch określa statystykę dominicantes w kraju jako "przerażającą". - Tu, jeśli ktoś deklaruje się, że jest katolikiem, to raczej chodzi do kościoła, podobnie jest z Amerykanami - dodaje. Ks. Tadeusz Dzieszko, wyświęcony w Stanach proboszcz parafii św. Konstancji zaznacza: - Kościół wciąż cieszy się tu szacunkiem, społeczeństwo amerykańskie ma głęboką wiarę. W porównaniu z Zachodem Europy mamy naprawdę pełne kościoły. I to bynajmniej nie tylko Polacy je zapełniają. W typowo amerykańskich, bardzo bogatych parafiach, gdzie w ogóle nie ma naszych rodaków - kościoły trzeszczą w szwach, są bardzo aktywne i mają silny laikat.
Dobrego zdania o pracy polskich kapłanów jest metropolita Chicago kard. Francis George OMI, który zwraca uwagę, że dziś w Stanach to już zupełnie inna emigracja niż ta, która przybywała tu w czasach komunizmu w Polsce. "Ludzie są lepiej wykształceni, to często profesjonaliści różnych dziedzin. Ważne, by czuli więź z parafią, bowiem generalnie kultura społeczna nie jest przyjazna wobec katolicyzmu, dlatego czymś bardzo istotnym jest by zakorzenili się w rodzinie parafialnej. Jestem bardzo wdzięczny działającym w USA polskim seminariom duchownym. Myślę, że praca tych księży przyczyni się do utrzymania chrześcijańskiego dziedzictwa wśród Polonii" - mówi KAI
"Małżeństwa chicagowskie"
Księża przyznają, że istnieje już takie pojęcie jak "małżeństwa chicagowskie". Po prostu: część emigrantów na skutek rozłąki nie potrafiła sobie poradzić z wiernością.
- To są osobiste tragedie i wybory - mówi ks. Maślejak. - Ale gdy coś takiego stanie się w ich życiu, przychodzą, żeby się oczyścić, pogadać, otrzymać rozgrzeszenie i jeśli się da wrócić na właściwą drogę. Wszystko zależy od tego, czy mają ślub cywilny. Kościół nie odrzuca tych, co są po rozwodzie, bo nie można tego uczynić. Jeszcze mocniej ich zachęcamy, by nie tracili z Kościołem kontaktu, żeby praktykowali, choć już nie mogą przystępować do sakramentów. Mamy dużo takich rodzin. Chrzcimy te dzieci, one nie są niczemu winne. Otaczamy opieką wszystkich emigrantów, nie patrząc czy są z rodzin sakramentalnych czy nie. Kościół jest otwarty dla wszystkich - zapewnia proboszcz "Trójcowa". Nie wie, ile dokładnie jest "małżeństw chicagowskich", ale przyznaje, że jest to polonijny problem.
Drugie, niesakramentalne, małżeństwo i dzieci z obydwu związków to w polonijnej rzeczywistości wcale nie wyjątek. - Często człowiek tak sobie pogmatwał, że nie może odnaleźć spokoju, dlatego w parafii zorganizowano szereg spotkań informacyjnych. Mówiliśmy o możliwości stwierdzenia nieważności małżeństwa. Wielu osobom pomogliśmy i zawarły ślub kościelny - zaznacza ks. Osuch. W związku z tym, że ostatni rok był Rokiem Rodziny w polonijnych parafiach modlono się za rodziny imigranckie. - Nie tylko polskie, także hiszpańskie, filipińskie i wszystkie inne, jakie żyją na naszym terenie.
Niezależnie od tych osobistych wyborów, rodzicom zależy na ścisłym związku ich dzieci z Kościołem. - Największy problem to ten, by dorastająca młodzież nie straciła zasad i wiary. Silna presja otoczenia nie zachęca do praktykowania, a do tego dochodzi zagrożenie narkotykami - ocenia ks. Maślejak.
Praca, jedzenie, mieszkanie...
Ks. Osuch przyznaje, że oprócz misji duszpasterskiej, polonijny Kościół ma wiele zadań niezwiązanych ściśle ze sferą duchową. Choćby tłumaczenie listów czy pism urzędowych. - Ci ludzie nie pójdą do biura, bo tam zażądają od nich np. 30 dolarów, tylko przychodzą do kościoła, gdzie dostaną to za darmo. Podobnie z żywnością. Jeśli pójdą do opieki społecznej, to pierwsze, o co tam spytają, to status. Czy masz zieloną kartę? Czy jesteś obywatelem USA? Jeśli nie, to nie możemy ci udzielić takiej pomocy, bo pochodzi ona ze środków rządowych i musimy się z niej rozliczyć, komu i jaką pomoc przyznano. Natomiast, kiedy ktoś przychodzi do kościoła, nie pytamy o ubezpieczenie ani zieloną kartę. Widzimy konkretnego człowieka i chcemy mu pomóc.
Polacy przybywający do Stanów wiedzą, że jedyną ostoją dla emigranta jest Kościół.
- Owszem, istnieją różne placówki dyplomatyczne: konsulat, Kongres Polonii Amerykańskiej, Zjednoczenie Polsko-Rzymskokatolickie, wiele polonijnych organizacji, ale ich celem nie jest działalność charytatywna - wyjaśnia ks. Osuch.
Polonijny duszpasterze są blisko Polonusów z ulicy. - Staramy się pomóc bezdomnych, dajemy im miejsce, gdzie mogliby się umyć, przebrać, zjeść, ogolić. Bo jeśli ktoś brudny i śmierdzący idzie szukać pracy, to szansę ma znikome. Jeśli pomożemy tym ludziom, to być może niektórzy się dźwigną, ale niektórzy już nie. Nierzadko przychodzą tu, aby się najeść, a potem idą do tawerny na kielicha i to wszystko. Zaszumi takiemu w głowie i zupełnie zapomni o rodzinie, dzieciach i pracy - mówi ks. Dzieszko. Zdaniem ks. Osucha wymiar duszpasterski i społeczno-charytatywny ściśle się łączą. - Co z tego, że będziemy pięknie opowiadać o miłości bliźniego, jeśli nie będziemy jej praktykować, np. pomagać umierającym z głodu, którzy są także tutaj - dodaje.
A jest komu pomagać. Wystarczy przejść się główną "polonijną" arterią Chicago. Można tam zobaczyć masę ludzi załamanych psychicznie, skrzywdzonych. To ci, którzy nie poradzili sobie w Ameryce. - Przyjechali z oczekiwaniami, myśleli, że tutaj nic nie trzeba robić, wystarczy potrząsnąć drzewem i pozbierać dolary. Praca jest ciężka, ludzie nie są wynagradzani sprawiedliwie. Zwłaszcza teraz, gdy prawo imigracyjne jest bardzo zaostrzone i konsekwencje pracy na czarno ponosi nie tylko pracownik, ale też pracodawca. Pracodawcy wykorzystują ten element i płacą minimalną stawkę, by móc zapłacić 5 tys. dolarów kary za nielegalne zatrudnienie pracowników - tłumaczy ks. Osuch.
- My, Polacy, zawsze widzieliśmy Stany przez pryzmat drapaczy chmur w Nowym Jorku. I wyobrażamy sobie, że cała Ameryka wygląda właśnie tak. Ale ona taka nie jest, zwłaszcza po 11 września. Wśród samych Amerykanów także jest bardzo dużo biedy. W dodatku ostatnio gospodarczy gigant zaczął się walić - twierdzi ks. Dzieszko.
Religia i patriotyzm, patriotyzm i religia
- Kościół na emigracji to największa ostoja patriotyzmu, kultury polskiej i ducha religijnego - zaznacza proboszcz z "Trójcowa". Dla przybysza z Polski ścisły splot tych elementów jest bardzo widoczny: w homiliach, oprawach uroczystych liturgii czy charakterze paraduszpasterskich inicjatyw prowadzonych przy parafiach. W Polsce przy kościołach nie działają szkoły sobotnie czy dziecięce zespoły ludowe, bo Kościół jest tu nastawiony na formy duszpasterstwa "bezpośrednio" religijnego. - W Ameryce trzeba uwzględnić wszystko, żeby dać w parafii namiastkę ojczyzny.
Jednak pielęgnowanie patriotycznego ducha i tworzenie "namiastek" wymaga duszpasterskiej czujności. Zwłaszcza w metropolii, do której przybywają imigranci z całego świata. Ks. Władysław Gryzło SI, duszpasterz z Jezuickiego Ośrodka Milenijnego w Chicago zauważa, że Polacy mają swoje specyficzne formy wyrazu, niestosowane w innych, wieloetnicznych parafiach i bardzo są do nich przywiązani. Bardzo dobrze, że Polacy ściągają do "Jackowa" czy "Trójcowa", ale z drugiej strony istnieje realne niebezpieczeństwo tworzenia polskich gett.
- Bardzo dbałem o to, by pokazać bogactwo różnorodności, żeby zabrzmiało też coś powszechnego, bo inaczej bardzo zawęża się rozumienie Kościoła - mówi jezuita. Jego zdaniem, choć miasto jest wieloetniczne, to w polskich kościołach tego nie widać. - Polacy są zamknięci na różnorodność, a ich wypowiedzi nie odzwierciedlają chrześcijańskiego ducha, np. gdy z pogarda mówią o współwyznawcy, dlatego tylko, że jest z Meksyku. Pielęgnujemy pamięć o sprawach nam bliskich, ale nie potrafimy otwierać się na innych - ubolewa ks. Gryzło, który od września br. kieruje polską edycją "L'Osservatore Romano".
Znamienne pod tym względem było czerwcowe wystąpienie kard. Stanisława Dziwisza podczas bankietu dla chicagowskiej Polonii. Mówiąc o nauczaniu Jana Pawła II na temat polskości i patriotyzmu, metropolita Krakowa powtórzył dwukrotnie i ze szczególnym naciskiem, by nie mylić patriotyzmu z nacjonalizmem.
Tomasz Krolak
KAI Nr 43